niedziela, 7 kwietnia 2019

2019.04.06-07. Kieżmark - Lubowla (Poprad)

Zupełny spontan. Bez planu, na ostatnia chwilę, dość daleko... Z Wojtkiem (CHI) spotykamy się w sobotni poranek tuż za Miechowem i pędzimy na południe w stronę gór.


Tor w Wietrznicach na Dunajcu wita nas paskudną pogodą. Chłodno, pochmurno... Dołącza Miłosz z Sanoka i zaczynamy weekend.


W zeszłym roku tam byłem. Było słonecznie i sam tor robił wrażenie. Dzisiaj przy padającym deszczu jakby mniejsze.


Miłosz - opływany w górskich rzekach, Wojtek - też już próbował i ja, który z górskimi rzekami ma tyle do czynienia, co z rosyjskim baletem. No chyba, że za takowe uznamy świętokrzyskie cieki, lecz to byłoby spore nagięcie rzeczywistości.


Wojtek chętny nauki, ja raczej bez wiary i entuzjazmu podchodzę do lekcji udzielanych przez nowo poznanego fanatyka górskiego pływania, choć przyznaję, że zobaczenie "eskimoski" na własne oczy nieco zmieniło moje podejście do nauki. Pierwszy "przelot" przez tor. Próby wejścia w cofki, jakieś promowania, trawersy czy inne fachowe akrobacje. W miarę mi to wszystko wychodziło, ale to raczej zasługa kajaka niż moja. Wojtek zalicza kabinę co chłodzi moje zapędy jeszcze bardziej.


Kolejne "przeloty" traktuję już bardziej poważnie i o dziwo na sucho i o dziwo cokolwiek mi w miarę to wychodzi. Nabieram pewności siebie jak i chęci do coraz to odważniejszych prób. Kolejna kabina Wojtka, kolejne wejścia w cofki, wejścia w nurt i Bóg raczy wiedzieć co jeszcze.


Na koniec dnia niezbyt wzorowa akcja ratunkowa po której kontuzja dłoni już by mi dzisiaj raczej przeszkadzała w pływaniu. Zresztą pada coraz bardziej i ochoty do kajaka nie przejawiam.


Suche ciuchy, ciepły samochód i ruszamy wzdłuż Pienin na poszukiwanie prawdziwych górskich rzek. Kilka po trasie mijamy, lecz wody to tam nie użyczysz.


Wycieczkę kończymy w Jurgowie nad brzegami Białki. Mieliśmy cichą nadzieję na jutrzejszy spływ jej wodami, lecz owych wód było zdecydowanie za mało.


Żegnamy Miłosza i powoli wracamy w stronę Wietrznic. Pyszny obiad i kolacja zarazem w Szczawnicy. Deszcz odpuszcza. Po drodze zahaczamy jeszcze o przełom Białki, który już niemal ostatecznie pozbawia nas złudzeń, że jutro będzie nam dane poznać mi ją bliżej.


Noc spędzam w aucie. I choć mogłem rozbić namiot, to jednak wybrałem tylną kanapę Roverka. Błąd! Namiot, to namiot. Niedziela wita nas słońcem. Wody w rzekach jak nie było tak nie ma. Proponuję spływ Popradem. Na moje życzenie po Słowackiej stronie. Nie znam gór, nigdy nie leżały mi po drodze, chcę je choć trochę poznać. I to był strzał w dziesiątkę. Są piękne, wielkie i majestatyczne. A już widok zaśnieżonych tatr naprawdę zrobił na mnie wrażenie.


Wojtka auto zostaje w Lubowli, a moim podążamy do Kieżmarku (chyba tak się to odmienia). Szybkie zakupu w Lidlu. Jak rover służył za sypialnię, tak teraz spełniał funkcję aneksu kuchennego.


Pora na Poprad. Płytki, ale spławny. Wiele sobie obiecywałem. W końcu ta bliskość gór zobowiązuje.


Nie dzisiaj. Przy tym stanie wody przypominał raczej Pilicę niż górską rzekę.


Co gorsza, mijane po drodze Pieniny jakby schowały się przed nim. Typowe nizinne widoki. Jak mówi młodzież: "dupy nie urywa".


Z czasem krajobraz się zmienia, lecz to i tak odbiegało daleko od moich wyobrażeń o tej rzece, gdy patrzyłem na nią w dół z okien samochodu.


Dobrze, że choć słońce świeci. I jak słowackie mieścinki mają swój klimat i przede wszystkim są czyste, tak wszystkie śmieci lądują pewnie w rzece.


Syf porównywalny z tym na Świślinie. Szybko też odnajdujemy źródła tego bałaganu. Cygańska wioska. Nie jestem rasistą, ale to co tam zobaczyłem, to istny armagedon. Chyba wysypiska śmieci mają lepszy klimat niż to, co tam ujrzałem.


Brzegi umocnione hałdami śmieci i grupy dzikusów skaczących po tym i robiących ogromny rejwach.


Szybko stąd uciekamy, lecz sterty śmieci ciągnące się po brzegach będą nam towarzyszyć już do samej mety.


A do niej daleko. I mimo pięknej aury niesmak już pozostał do końca.


Na osłodę, co pewien czas widoki umilały nam szczyty Tatr.


Chyba to najbardziej zapamiętam z tej rzeki.


Kilkadziesiąt bystrz. Niektóre miały swoją moc, ale to i tak nie było to czego oczekiwałem.


Jedyna wysiadka przy przenosce małej zapory. Bardzo niebezpieczna. Nawet mi na moment nie przyszło do głowy to spływać. Swoje ofiary już zresztą zdążyła pochłonąć. Znając ludzką głupotę pewnie jeszcze nie wszystkie.


I naprawdę gdyby nie Tatry co jakiś czas ukazujące się oczom, to Poprad na tym odcinku byłby do zapomnienia.


Przed samą Lubowlą kilka miejsc szybszych.


Dunajec wywarł na mnie zdecydowanie większe wrażenie. A już jego przełom...


Może wyżej lub niżej jest lepiej. Mo że trzeba to sprawdzić.


Coś w stylu niewielkich progów.


Na mecie melduję się pierwszy. Zaczepia mnie pewien Słowak.


Nie mamy problemu ze zrozumieniem się, mimo iż on ni w ząb po Polsku, a ja nic po Słowacku.


Dopływa Wojtek, zwijamy majdan i przecinając Tatry ruszamy na północ.


Mimo, iż Poprad mnie nie powalił, to weekend pod wieloma względami zaliczyć trzeba do udanych. W góry będę wracał. Z kajakiem i bez kajaka.