niedziela, 3 czerwca 2018

2018.06.01-03. Osmolice - Zawieprzyce (Bystrzyca)

Nowe zadania w pracy, sandomierskie przeprowadzki, nowe znajomości w połączeniu z alkoholem sprawiły, że w końcu postanowiłem się z nią zmierzyć. I nie chodzi o samą rzekę, gdyż Bystrzyca do trudnych nie należy.


Chodziło o spływ przez Lublin. Tak, tak, ten sam Lublin, który swego czasu wyrył ślad w moim sercu. Na Szreniawie urwałem tłumik. Do dzisiaj błaga o wymianę. Logistykę zabezpiecza jednak desperat imieniem Paweł. "Lubelak" który próbuje "uscyzorykować" się w Starachowicach. A że zabezpiecza ją po pracy, to ze Starachowic ruszamy dopiero po południu.


Upojna noc sprawiła, że te 170 kilometrów było dramatycznie ciężkie, mimo ominięcia Radomia szerokim łukiem. Coś jednak z tego Lublina pamiętałem. Bezbłędnie odnajduję drogę nad zalew Zemborzycki. Tam jeszcze zakupy i jedziemy do Prawiednik. Tu tracę anonimowość. Zostaję namierzony i rozpoznany przez Szymka z którym swego czasu pływałem po Lubaczówce. Za jego radą udajemy się jeszcze w górę rzeki. Osmolice. Wieczór.


Paweł jedzie do swojego Lublina. "Mój" Lublin dopiero przede mną.


Dzisiaj zaledwie kilometr, może dwa i rozbijam obóz. Próbuję wygrać z kacem i myślami. Ciężka noc. Miejsce noclegu też nieszczególne.


O świcie powraca apetyt. To dobry znak. Nie przeciągam tego i gdy słońce dopiero się budzi ruszam na spotkanie.


Idzie to dość sprawnie. Słonecznie, wręcz upalnie. Rzeką głowy sobie jednak nie zawracam.


Jedynie przenoska w Prawiednikach cokolwiek skłania do przyjrzenia się Bystrzycy.


Pokrótce, to ładna rzeka. Dość leniwie tu płynie.


Woda raczej stojąca. Po ostatniej Szreniawie, wygląda to naprawdę nieźle.


Wyczekuję jednak na Lublin. Bramą do jego serca jest zalew Zemborzycki.


I gdy już się tam doczołguję, ni stąd ni zowąd rozpętuje się piekło. Siły natury próbują powstrzymać mnie przed przekroczeniem bram miasta.


Leje deszcz, błyska się i grzmi. I ja w małej łupinie w samym centrum tego sztormu. Wraca rozum. Szukam schronienia na lądzie w bazie http://www.kajaki.lublin.pl/, gdzie dowodzi napotkany wczoraj Szymek.


Poznaję też Witka - zapalonego kajakarza, prosto po nocnym powrocie z Dunajca. W strugach deszczu snujemy opowieści, gdy pada propozycja, bym zapisał się na kartach jego specjalnej "Księgi gości". Gruby egzemplarz wielkiego formatu. Połechtała mnie ta propozycja. Miło zapisać się w owej księdze pośród innych tuzów wiosła z całego świata, obok samego Aleksandra Doby.


Deszcz nie odpuszcza. Mimo wszystko postanawiam otworzyć bramy Lublina, by w końcu móc zamknąć za sobą te drzwi. Szymek przy akompaniamencie deszczu, pomaga mi teleportować się za zaporę zalewu. Tu czeka gromada lubelskich morsów, by wskoczyć w swoje łajby i ruszyć na sprzątanie Bystrzycy. I znów wiele rzecznych opowieści.


Gdy tylko niebo przestaje płakać, żegnam wszystkich i ruszam. Z Lublinem chcę być sam na sam.


Tu zaczyna się mój osobisty spływ. Bez tych wszystkich znajomych i mniej znajomych.


Pierwsze mosty, kładki... nic a nic nie przypomina to miasta które pokochałem.


Raz słońce, po chwili znów się chmurzy, mnóstwo zieleni.


Z czasem największe miasto Polski po wschodniej stronie Wisły, coraz śmielej zagląda nad brzegi rzeki.


A ja toczę walkę z samym sobą. Jedynie przy "Arenie Lublin" myśli wracają do rzeki. Spływam tam niewielkie spiętrzenie wody i zaczyna się prawdziwa wojna.


Odgłosy miasta pulsują nad skroniami, serce mocniej pompuje krew.


Znajome mosty, znajome miejsca. Zalewa mnie fala wspomnień. Stawiam temu czoła. I coraz mniej podoba mi się to co widzę. To już nie "mój" Lublin.


W końcu znajomy próg. Obnoszę. Chcę wrócić stąd z tarczą, a nie na tarczy.


Palące słońce wypala resztki wspomnień, smagający wiatr rozwiewa ten popiół.


Jeszcze kilka kilometrów nijakiej Bystrzycy i z hukiem grzmiącego nieba zamykam te drzwi. Potrzebowałem tego. Wszystko ze mnie uchodzi. Mogę wreszcie skupić się na rzece.


A tu i Bystrzyca nieco inna. Dzika i piękna.


Nie gonię. Teraz już bawię się tym dniem i cieszę tym spływem.


Niebo i wszystko dookoła się wypogadza. Wychodzi w końcu słońce. Ślamazarnie posuwam się naprzód.


Próbuję skupić się na rzece. Nie znam jej. Jestem tu pierwszy i pewnie ostatni raz. Pojawiają się też zwałki. Niezbyt kłopotliwe. W każdym bądź razie wszystkiemu daję radę z marszu.


Wcześnie, bo chwilę po czternastej zaczynam rozglądać się za miejscem na biwak. Brzegi raczej niedostępne. Gdy zostawiam za rufą obwodnicę Lublina, gdy jej hałas odchodzi w niepamięć Odnajduję swój kawałek lądu.


Gramolę się z dobytkiem na skarpę. Muszę odpocząć, ochłonąć, cieszyć się wolnością. Wszystko rozgrzane do granic możliwości. Postanawiam, że na dzisiaj starczy. Rozbijam obóz. Kąpiele słoneczne, uczta, odpoczynek. Po pięknym zachodzie słońca wskakuję do namiotu.


Spokojna noc. Rankiem znów słońca aż nadto. Dosuszam ciuchy, namiot i powoli szykuję się na dalszy podbój Bystrzycy.


A na rzece coraz więcej powalonych drzew. Widać, że mało kto tu pływa.


Wszechobecna zieleń i ptasie koncerty. Cudowna niedziela.


Dość szybko dopływam do Sobianowic. Gramolę się na pomost. Ruszam na wieś. W sklepie uzupełniam zapasy tytoniu, gdyż niebezpiecznie zaczęły się kurczyć. Nic ciekawego tam nie odnajduję. Drugie śniadanie i rozkładam się na dłużej na owym pomoście. Przyjemnie się to kołysze. Zasypiam.


Jakieś dwie godziny i niemiłosiernie palące słońce, każe mi wskakiwać do kajaka.


Dwa tygodnie bez pływania sprawiają, że sił brakuje. Spływające krople potu jakby wysuszały we mnie życie.


W ogóle nie wiosłuję. Nie mam siły ani ochoty.


Rzeka prezentuje się świetnie. Jest zdecydowanie najładniejsza na tym właśnie odcinku.


Ale też i najbardziej uciążliwa. Kilku zwałkom ledwie daję radę, aż natrafiam na przeszkodę której pokonać nie zdołałem.


Już sam nie pamiętam kiedy obalone drzewo zmusiło mnie do ewakuacji z kajakiem na ląd. Pokrzywy i inne badziewia wyższe ode mnie. I brak powrotu do rzeki. Zamordowała mnie ta przenoska.


Dalej bez wioseł. Nie mam siły.


Jeszcze dwie inne zwałki zmusiły mnie do targania kajaka. Tym razem już nie lądem. Szarpię się z tym całym majdanem po drzewach.


Odliczam mosty. Sama rzeka jakby też przyspieszyła.


Snuję się po tej lubelskiej krainie, a pająki snują się po mnie i po kajaku. 


Ostatni most na Bystrzycy.


Ostatnie chwile na tej rzece i melduję się na Wieprzu.


Jest większy, lecz nie ma co się tu nad tym rozwodzić. Nie był on celem. Celem była Bystrzyca i Lublin. Cel osiągnięty.


Ląduję w Zawieprzycach. Po chwili zjawia się Paweł. Pora wracać.


Zwiedzamy przy okazji pojezierze łęczyńsko-włodawskie, a w szczególności jezioro Łukcze.


Kolacja i ruszamy jeszcze do Lublina. Tak na pożegnanie, by upewnić się, że drzwi zostały zamknięte. Kto wie, może nawet ten tłumik naprawię...

PS.
Paweł - dzięki za zwiedzanie Lublina, a przede wszystkim za podwózkę.
Pozdrowienia dla Witka i Szymka - do zobaczenia.