Trochę czasu upłynęło po tej nieszczęsnej Sannie. W międzyczasie mały wypad na Wkrę. Dzisiaj już prawdziwa próba przełamania się i powrotu na kajakowy szlak. Towarzyszył mi Piotr (PRUS). To On wymyślił trasę. Niedziela. Słonecznie. Ciepło. Logistyka na medal. Żadnego błądzenia. Szybko to wszystko poszło i przed dziesiątą rano jesteśmy gotowi, by zejść na wodę, przy starym młynie w miejscowości Wyspa.
Biała Nida. Ostatnim razem tu goszcząc była rzeczywiście biała. Dzisiaj była zielona.
Mnóstwo zieleni na brzegach. W korycie trochę mało wody, lecz to już bardziej złożony problem.
Mamy swoją teorię czemu tak się dzieje, ale nie będzie dzisiaj o tym. Jak ktoś zainteresowany-odsyłam tu http://pruswkajaku.blogspot.com/2016/05/piekne-rzeki-juz-niedugo.html. Lodowe tafle ustąpiły miejsca trawom i trzcinom.
Dookoła eksplozja zieleni. Tempo staraliśmy się trzymać solidne. Chciałem zdążyć na dzisiejszy mecz Polaków.
Płyniemy na tyle, na ile pozwala stan wody. A tej notorycznie mało. Nie szuramy co prawda kajakami po dnie, lecz zanurzenie całego pióra wiosła bez zmącenia piachu jest rzadkością.
Rozglądam się. Woda odsłoniła bobrowe korytarze i jamy, którymi normalnie ci inżynierowie się poruszają. Ciekawe gdzie teraz się podziewają? Jest ładnie. Biała Nida to był dobry wybór na niedzielny spływ. Cicho i spokojnie.
Płyniemy, rozmawiamy, delektujemy się otaczającą przyrodą.
Pierwszy postój w tym samym miejscu co i w styczniu. Lekki posiłek i w drogę.
Biała Nida była dobrym wyborem na przełamanie. Bez uregulowanych odcinków, czysta woda., bez zwałek. Wszystko jak trzeba. Czuję się w kajaku dobrze. Wraca chęć pokonywania odległości za pomocą wioseł. Tego mi było potrzeba.
Mimo iż w głowie siedzi ten mecz, mimo iż staram się utrzymać dosyć dobre tempo, wcale szybko jakoś to nie idzie. Przy takim poziomie wody, ciężko "pogonić". Miejsce przy starym młynie, które zimową porą przysparzało nieco kłopotów, dzisiaj było tylko krótkim epizodem.
Mijamy most w Żernikach i kierujemy się w stronę połączenia Czarnej Nidy z Białą Nidą.
To miejsce daje początek Nidzie. Robi się szerzej.
Miało też być nieco szybciej. Lecz nie jest. Dopiero na Nidzie zaczynają się problemy z wodą. A raczej z jej brakiem.
Kluczymy od brzegu do brzegu, aby nie ugrzęznąć w piachu na dobre. Na rzece ruch. Jak to w słoneczną niedzielę. Wyprzedzamy armadę komercyjnych spływów. Co rzuca się w oczy, to oczywiście "nie obowiązek płynięcia w kamizelkach". Mam nieco inne zdanie na ten temat, ale... W końcu obowiązku nie ma. Proszę bardzo. Ja tam wolę mieć ją na sobie.
Robimy postój za mostem kolejowym. Posiłek, picie i w drogę.
Mijamy zamek rycerski w Sobkowie i płyniemy chyba najładniejszym fragmentem Nidy.
Dookoła lasy. Jest pięknie. Cicho i spokojnie. Tylko ten brak wody...
Tempo narzucamy szybkie, na ile to możliwe w tych okolicznościach. Około 16:00 lądujemy w Starych Kotlicach. To nasza meta.
Na brzegu czeka transport komercyjnego spływu. Pewnie jeszcze trochę sobie czekali. My szybko zwijamy żagle i ruszamy w drogę powrotną. Spływ jak najbardziej udany. Wody mało bo mało, ale czysta. Tak, Nida sprawiła, że czułem ponownie satysfakcję z pływania. Na E7 spory ruch. Wiele aut z przyczepionymi chorągiewkami. Widać wiara w narodzie spora. Tu już tempo mam zabójcze. Gonię na mecz. I udało się!!
PS.
Polska - Irlandia Płn. 1:0 (0:0). Brawo.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Nida. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Biała Nida. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 12 czerwca 2016
niedziela, 10 stycznia 2016
2016.01.10. Wyspa - Żerniki (Biała Nida)
Pierwszy spływ w tym roku. Niby wszystko po nowemu. Rzeka jednak "po staremu", płynąłem już tam. Towarzystwo też nie nowe. Magda (MAGA), Piotr (PRUS), Tomek (TEGIE) i ja. Jednak sam klimat dzisiejszego spływu, był dla mnie zupełnie nowy. Nie chodzi o aurę, gdyż jak na styczeń było całkiem ciepło. Trochę śniegu jak na tę porę roku, także nie powinno być zaskoczeniem. Ale ilość lodu na rzece, była już czymś zupełnie nowym. Po kolei. Jadę z Magą do Piotra. Tam już czeka Tomek. Szybki przepakunek i kierujemy się na południe. Rozstawiamy samochody i bez zbędnych ceregieli jesteśmy gotowi do zejścia na wodę. Startujemy przy starym młynie w miejscowości Wyspa.
Na brzegach nieco śniegu, trochę lodu. Pierwsze metry jednak nie powalają. Trawy, meandry, nic specjalnego. Zresztą niczego innego się nie spodziewałem. Pływałem już tam i jakoś nigdy ta rzeka mnie nie powalała.
Faktem jest, że zawsze tam płynąc, siedziałem w innej łódce i raczej bardziej koncentrowałem się na samym płynięciu, niż podziwianiu przyrody. Dzisiaj było zupełnie inaczej. Co prawda Kataną też tam jeszcze nie płynąłem, ale ten kajak jest dla mnie stworzony.
Szybko oswajamy się z aurą, pokonujemy zakręty, zostawiamy za sobą kolejne metry rzeki. Nurt dosyć wartki. Przy brzegach zaczyna pojawiać się coraz więcej lodu. To pozostałość po ostatnich mrozach. Poza lodem, zaczynam też dostrzegać inne walory Białej Nidy. Coś czego dotąd nie widziałem, nie zapamiętałem, nie znałem. Wcale nie jest szaro, buro i ponuro. Przeciwnie. Mimo braku słońca, jest ładnie.
Mijamy lasy, przeszkody w korycie rzeki.
Płynie się naprawdę przyjemnie. Strój dobrany dobrze. Tym razem nie mam na co narzekać. Nie marznę. Relaks na wodzie. Ciszę przerywa co jakiś czas trzask kajaków odbijających się w meandrach rzeki, o zalegający przy brzegach lód.
Z każdym metrem go przybywa. Robi się naprawdę ciekawie. Koryto się zwęża, woda zachowuje się dziwnie wpływając pod tafle lodu, odbija się od niego.
Strachu nie ma, ale trzeba uważać żeby się nie "oszukać". Są miejsca, gdzie lód pozostawia tylko przesmyk wody na kajak. Podoba się, ale myślę, że każdemu musiało przejść przez myśl "co będzie dalej?". Czy wszędzie nas przepuści?
Na szczęście rzeka do samej mety okazała się spławna.
Ten fragment "epoki lodowcowej", na długo pozostanie w mojej pamięci. Pięknie, ciekawie, niespotykanie. Czuć potęgę przyrody. Wyobrażam sobie jakie siły musiały tu do niedawna działać.
Dalej lód nieco odpuszcza, ale w mniejszej bądź większej ilości będzie nam towarzyszył już do końca dnia. Mniej więcej po sześciu kilometrach spływamy małe bystrze
i udaje się znaleźć miejsce, w którym mimo niewielkiej ilości lodu, udaje nam się wyjść na brzeg. Robimy krótki postój. Ciepła herbata, posiłek i niespodzianka.
Zaczyna padać deszcz. I to wcale nie jakiś byle jaki. Zaczyna siąpić coraz mocniej. Kończymy więc ucztę i wsiadamy w kajaki. Kaptury na głowy i przed siebie. Odtąd koryto rzeki się poszerza.
Nurt słabnie. Robi się nieco płycej. Zmienia się także krajobraz. Pojawia się nieco więcej drzew w rzece,
oraz okazałe skarpy.
Lodu jakby mniej, lecz nadal na jego brak narzekać nie można. Mijamy miejsca, gdzie tworzy niesamowite widoki, dziwne figury.
Deszcz nie ustaje. Dopływamy do ruin. Pewnie pozostałości jakiegoś starego młyna.
Rzeka rozdziela się na dwa warkocze. Na wprost, spłynięcie wydaje się dosyć problematyczne. Zawracam więc i płynę drugą odnogą. To fragment rzeki, gdzie spadek wody jest dosyć duży. Nurt rwie, aż miło. Woda szumi, sporo zalegających w korycie drzew i innych przeszkód. To nie była bułka z masłem, lecz udaje mi się to spłynąć.
Za mną Maga. Na ostatnim newralgicznym odcinku, została trochę zaskoczona przez siłę nurtu. Woda spycha Ją gdzie sama chce. Ustawia kajak bokiem do nurtu i zaczepia o okazałą gałąź. Z mojej perspektywy zaczyna to wyglądać dramatycznie. Było blisko wywrotki, ale dzielnie z tego wyszła. Uff. Działo się. Gdy wszyscy już to spływają, na moment przestajemy wiosłować, chwila odpoczynku w kajakach. Czas na ochłonięcie i do mety.
Koniec już blisko. Piotr z Tomkiem wysuwają się na czoło. Ja z Magą, trzymamy się razem nieco z tyłu. Powoli zbliżamy się do zakończenia dzisiejszego pływania.
Jeszcze tylko pomagamy sobie przy wyjściu na brzeg i możemy podsumowywać dzisiejszy dzień. Było naprawdę fajnie. Taka ilość lodu nigdy mi podczas pływania nie towarzyszyła. Nowe doświadczenie. Wnioski wyciągnięte. A więc kolejny rok w kajaku, można uznać za rozpoczęty. Mam nadzieję, że będzie jeszcze bardziej owocny w spływy niż poprzedni.
Na brzegach nieco śniegu, trochę lodu. Pierwsze metry jednak nie powalają. Trawy, meandry, nic specjalnego. Zresztą niczego innego się nie spodziewałem. Pływałem już tam i jakoś nigdy ta rzeka mnie nie powalała.
Faktem jest, że zawsze tam płynąc, siedziałem w innej łódce i raczej bardziej koncentrowałem się na samym płynięciu, niż podziwianiu przyrody. Dzisiaj było zupełnie inaczej. Co prawda Kataną też tam jeszcze nie płynąłem, ale ten kajak jest dla mnie stworzony.
Szybko oswajamy się z aurą, pokonujemy zakręty, zostawiamy za sobą kolejne metry rzeki. Nurt dosyć wartki. Przy brzegach zaczyna pojawiać się coraz więcej lodu. To pozostałość po ostatnich mrozach. Poza lodem, zaczynam też dostrzegać inne walory Białej Nidy. Coś czego dotąd nie widziałem, nie zapamiętałem, nie znałem. Wcale nie jest szaro, buro i ponuro. Przeciwnie. Mimo braku słońca, jest ładnie.
Mijamy lasy, przeszkody w korycie rzeki.
Płynie się naprawdę przyjemnie. Strój dobrany dobrze. Tym razem nie mam na co narzekać. Nie marznę. Relaks na wodzie. Ciszę przerywa co jakiś czas trzask kajaków odbijających się w meandrach rzeki, o zalegający przy brzegach lód.
Z każdym metrem go przybywa. Robi się naprawdę ciekawie. Koryto się zwęża, woda zachowuje się dziwnie wpływając pod tafle lodu, odbija się od niego.
Strachu nie ma, ale trzeba uważać żeby się nie "oszukać". Są miejsca, gdzie lód pozostawia tylko przesmyk wody na kajak. Podoba się, ale myślę, że każdemu musiało przejść przez myśl "co będzie dalej?". Czy wszędzie nas przepuści?
Na szczęście rzeka do samej mety okazała się spławna.
Ten fragment "epoki lodowcowej", na długo pozostanie w mojej pamięci. Pięknie, ciekawie, niespotykanie. Czuć potęgę przyrody. Wyobrażam sobie jakie siły musiały tu do niedawna działać.
Dalej lód nieco odpuszcza, ale w mniejszej bądź większej ilości będzie nam towarzyszył już do końca dnia. Mniej więcej po sześciu kilometrach spływamy małe bystrze
i udaje się znaleźć miejsce, w którym mimo niewielkiej ilości lodu, udaje nam się wyjść na brzeg. Robimy krótki postój. Ciepła herbata, posiłek i niespodzianka.
Zaczyna padać deszcz. I to wcale nie jakiś byle jaki. Zaczyna siąpić coraz mocniej. Kończymy więc ucztę i wsiadamy w kajaki. Kaptury na głowy i przed siebie. Odtąd koryto rzeki się poszerza.
Nurt słabnie. Robi się nieco płycej. Zmienia się także krajobraz. Pojawia się nieco więcej drzew w rzece,
oraz okazałe skarpy.
Lodu jakby mniej, lecz nadal na jego brak narzekać nie można. Mijamy miejsca, gdzie tworzy niesamowite widoki, dziwne figury.
Deszcz nie ustaje. Dopływamy do ruin. Pewnie pozostałości jakiegoś starego młyna.
Rzeka rozdziela się na dwa warkocze. Na wprost, spłynięcie wydaje się dosyć problematyczne. Zawracam więc i płynę drugą odnogą. To fragment rzeki, gdzie spadek wody jest dosyć duży. Nurt rwie, aż miło. Woda szumi, sporo zalegających w korycie drzew i innych przeszkód. To nie była bułka z masłem, lecz udaje mi się to spłynąć.
Za mną Maga. Na ostatnim newralgicznym odcinku, została trochę zaskoczona przez siłę nurtu. Woda spycha Ją gdzie sama chce. Ustawia kajak bokiem do nurtu i zaczepia o okazałą gałąź. Z mojej perspektywy zaczyna to wyglądać dramatycznie. Było blisko wywrotki, ale dzielnie z tego wyszła. Uff. Działo się. Gdy wszyscy już to spływają, na moment przestajemy wiosłować, chwila odpoczynku w kajakach. Czas na ochłonięcie i do mety.
Koniec już blisko. Piotr z Tomkiem wysuwają się na czoło. Ja z Magą, trzymamy się razem nieco z tyłu. Powoli zbliżamy się do zakończenia dzisiejszego pływania.
Jeszcze tylko pomagamy sobie przy wyjściu na brzeg i możemy podsumowywać dzisiejszy dzień. Było naprawdę fajnie. Taka ilość lodu nigdy mi podczas pływania nie towarzyszyła. Nowe doświadczenie. Wnioski wyciągnięte. A więc kolejny rok w kajaku, można uznać za rozpoczęty. Mam nadzieję, że będzie jeszcze bardziej owocny w spływy niż poprzedni.
niedziela, 28 grudnia 2014
2014.12.28. Wyspa - Żerniki (Biała Nida)
Dnia 28.12.2014. postanowiliśmy zorganizować sobie taki
Świąteczno - Noworoczny spływ. Wybór padł na Białą Nidę. Chętnych wielu. Ostatecznie
popłynęliśmy we trzech (Pointer, Prus i kol. Adam).
Dwa dni przed planowanym
spływem trochę sypnęło śniegiem i była szansa, że Biała Nida, okaże się ...
Biała. Na miejscu rzeczywistość trochę zweryfikowała nasze
nadzieje i znowu tak za biało to nie było.
Za to Dziadek Mróz sobie nie
żałował.
Było zimno i ... cimno.
Wystartowaliśmy przy starym młynie w
miejscowości Wyspa.
Rzeka dosyć wąska, bardzo meandrująca, do tego trochę
przeszkadzał lekko prószący śnieg. Po pierwszych metrach, zanim dobrze wszedłem
w rytm wiosłowania miałem nieco szczęścia. W jednym z zakrętów dosyć mocno
mną zachwiało, na szczęście wszystko skończyło się dobrze (czyt. uszło mi to na
sucho).
Muszę przyznać, że z początku dosyć mocno zmarzły mi dłonie i już po
jakichś 2 km. zacząłem się zastanawia, po co mi to było? Z czasem rozruszałem
się i rozgrzałem. Nie na długo, bo dla odmiany zaczął mi doskwierać chłód w
stopy. Dobrzy ludzie jednak zarządzili krótki postój i mogłem zmarznięte
kończyny rozruszać.
Po krótkiej przerwie płynęło mi się całkiem, całkiem, chociaż
ani na chwilę nie starałem się zbytnio rozluźnić, bo rzeka nadal nieźle kręciła,
a kąpiel w tych warunkach nie była wskazana.
Mniej więcej w połowie trasy (na
jakimś 8-9 km.) wyłazimy na stały ląd i próbujemy rozpalić ognisko. Nie było
łatwo, lecz jakoś poszło. Posilamy się (Śląska z Biedronki),
chwila na
pogaduchy i ruszamy dalej.
Zaraz za miejscem gdzie do Białej Nidy wpada Wierna
Rzeka robi się trochę szerzej i meandry nie są już tak ostre jak dotychczas,
co
nie oznacza że nie trzeba się mieć na baczności (ale raczej ze względu na aurę, niż trudy płynięcia).
Swoim zwyczajem pod koniec spływu trochę przyspieszam i
płynę sam z przodu.
Po woli zbliżam się do mety i trochę żal, bo to ostatni już
spływ w tym roku. Na szczęście niedługo nowy rok i można zacząć pływanie od
nowa. Przy kładce w miejscowości Żerniki czekam krótką chwilę na chłopaków.
Przypływa Prus, zaraz za nim Adam. Wyłazimy z kajaków. Chłopaki jadą po samochody,
a ja zostaję i pilnuję dobytku do czasu ich przyjazdu.
BYŁO FAJNIE !!!!
PS.
Jako, że to ostatnia moja relacja ze spływu w 2014 roku, chciałbym z tego miejsca podziękować Wszystkim których miałem okazję poznać podczas moich eskapad i dzięki Nim spędzić niezapomniane chwile na wodzie. Osobne podziękowania dla kol. Prusa... Piotr sporo się od Ciebie nauczyłem i mam nadzieję że jeszcze sporo nauczę. Dzięki.
Wielkie podziękowania dla Czołga... Jacek ale żeś mnie wpier...ił w ten Krasnystaw!!
Pozdrawiam i do zobaczenia na szlaku w 2015 roku.
Subskrybuj:
Posty (Atom)