Czy człowiek uczy się na błędach? Niekoniecznie. W zeszłym roku Sanna mnie położyła na łopatki. Zwałki, zwałki, zwałki... smród, smród, smród... W Zaklikowie powiedziałem dość i wróciłem do domu. Trochę od tamtej pory popływałem. Ostatnio Krasna dała mi popalić. Dwa tygodnie lizałem rany. W piątek do pustego łba wbiła się myśl, że może pora już tę Sannę dokończyć? Wahałem się do samego końca. Jednak nierozsądek wziął górę i w sobotę rano, przy logistycznej pomocy Artura i jego szanownej małżonki (pozdrawiam i dziękuję), znowu jestem z kajakiem w owym Zaklikowie. Tuż za zaporą gdzie rok temu złożyłem broń.
Piękny słoneczny poranek. Miałem nadzieję, że co najgorsze, Sanna już mi pokazała. Z tą dozą optymizmu woduję się tuż przed mostem na trasie "855".
Płytkawo, lecz da się płynąć. Zielone trawiaste brzegi. Pojedyncze drzewa przy rzece.
Kilka zatopionych korzeni. Nic strasznego.
Zupełnie inaczej niż było przed tamą. Jedyny wspólny mianownik, to woda. Choć tak nazwać to coś co tam płynie, to spore nadużycie. Istna tablica Mendelejewa, bliżej niezidentyfikowana ciecz. I ten sam śmierdzący, żółto-szaro-zielonkawy muł. Niezbadane głębokości szlamu. Czyhający tylko na moje wiosło, bądź co gorsza, na mnie samego. Mimo wszystko w porównaniu do zeszłego roku, to i tak sielanka na wodzie.
Już po cichu w myślach rozpościerałem wizję noclegu na Wiśle. W końcu co to dla mnie 30 km taką rzeczką? Mijam koła nawadniające pola czy też ogrody. Choć co po tej cieczy miałoby urosnąć?
Przepływam pod mostem kolejowym. W oddali majaczy las.
Zanim tam dopłynąłem już mnie Sanna wygonić z kajaka zdążyła. Ruiny starego mostu. Potężne głazy, drewniane bale, wodospad... i ja z kajakiem na tych głazach. Udało się, choć lekko nie było.
Kilkadziesiąt metrów i dopadam do lasu.
No i stało się. Ledwie po dwóch kilometrach, sny o Wiśle poszły w niepamięć. Przeżywam deja vu. Zwałki i pokrzywy. Koryto rzeki zacienione przez las.
Istny raj dla komarów i innych insektów. Te po wschodniej stronie Wisły są chyba bardziej żądne krwi. Nie idzie się od nich odgonić. Gąszcz gałęzi. Z każdego liścia spadają na mnie pajęczaki. Jak jest na świecie ok. 40 milionów gatunków, tak pewnie z połowa na Sannie. No i na moim fartuchu, kamizelce, czapce, wiośle... Są wszędzie.
Spełnił się też najgorszy z moich snów. Nie wszystkie powalone drzewa da radę pokonać w kajaku. A wyjście na ląd takie jak i na całej Sannie. Stromo i metr mułu, oraz pokrzywy wyższe ode mnie. Pierwsze takie przeszkody jeszcze dzielnie obnoszę.
Dalej na lewym brzegu zaczyna się poligon. Ogrodzony płotem i Bóg raczy wiedzieć, czy czasem też niezaminowany? Jeżeli tam już jest poligon, to spokojnie można też trenować Marines'ów. Każdemu po kajaku i niech pływają. Po czymś takim żaden desant nie będzie im straszny.
Także do wysiadek zostaje mi już tylko prawy brzeg. Choć wiele to i tak nie zmienia. Oba tak samo niedostępne.
Gdy nie targam kajaka lasami, to pokonuję owy las w kajaku, zatopiony w wodzie. Korzenie, zwałki, komary, pająki i wszechobecny muł. Każde wbicie wiosła w dno rodzi pytanie, czy jeszcze je odzyskam?
Kilka drzew pokonuję za pomocą wiosła i gałęzi których w wodzie miałem do wyboru, do koloru.
Najgorsze i tak były pniaki, pod którymi przeciskałem się w kajaku. Pod każdym z nich miliony komarów i muszek. Wszystko to pokonuję na bezdechu i z zamkniętymi oczami. Tylko ileż tak można?
Raz musiałem desantować się przez poligon. Ktoś zrobił sztuczny próg. I ktoś miał gdzieś, czy da się tam wydostać na ląd, czy nie. Z drugiej strony pewnie nikt choć trochę rozsądny nie pchałby się tu z kajakiem.
Kolejna przenoska przy kolejnym kole nawadniającym. Cała rzeka przegrodzona. Tylko wąski przepływ, gdzie wali cała woda. Brawo ktoś. Kolejna wysiadka.
Po każdej takiej przenosce w kokpicie coraz więcej wody, pająków i komarów. I jak ten skazaniec naciągam na to całe mini zoo fartuch. Wszystko swędzi. Co zrobić? W końcu muszę tę rzekę pokonać.
Po siódmej wysiadce, obiecuję sobie, że jeszcze trzy i szukam miejsca na biwak.
Bardzo się oszukałem. Dziesiąta przenoska była na ósmym kilometrze.
Do wieczora takich przepraw miałem piętnaście!
Cały poparzony pokrzywami, podgryzany przez komary. Mokry i podrapany. Nie szukam nawet wytchnienia. Nie próbuję podziwiać tej dziczy.
Jedyne co, to próbuję przeżyć i mozolnie posuwać się naprzód. A dzicz była dosłownie. Spotykam lochę z małymi dzikami, sarenkę oraz okazałego jelenia. Choć i tak największym jeleniem na Sannie byłem ja w kajaku.
Zaciskam zęby, nie zważam na ból, tylko szarpię się z tymi wszystkimi drzewami. Niby Rawka taka zwałkowa? Tyle, że tam w załadowanym kajaku zrobiłem 40 km w ciągu dnia. Tu dla porównania 19 km. Nie wiem jak to inaczej opisać.
Przed wieczorem, gdy pora była już myśleć powoli o biwaku, nadal byłem w środku lasu. Bez żadnych perspektyw na nocleg. Za to niemal ze łzami w oczach z tej bezsilności.
I tak centymetr po centymetrze przeciągamy się po tej Sannie razem z kajakiem. Z niego byłem naprawdę dumny. To co on tam przeszedł... koszmar. Z siebie już nie. Na siebie byłem zły. Po cholerę się tam pchałem?
Wieczorem, zrezygnowany i właściwie poddany, bez żadnych pomysłów i jakiejkolwiek nadziei spływam małą kaskadę. Drzewa na brzegach powoli się przerzedzają. Pojawia się i piasek. Są pojedyncze zabudowania.
Ląduję w jednym z gospodarstw i błagam o kawałek trawnika pod namiot. Niestety, tego terenu pilnują cztery ogromne, robiące spory jazgot psy. Szybko wskakuję do kajaka i odpływam. Jeszcze kilka zwałek, kładka i jest! Jest kawałek trawy. Próbuję wydostać się na brzeg, gdy spostrzegam na drugim, zatopiony w pokrzywach krzyż. No nie, tu nie zostanę.
Może 70 metrów dalej pomost. Wysiadam. Ogrodzone oczko wodne. Są właściciele. Pytam czy mogę tam zanocować. Zanim otrzymałem pozytywną odpowiedź, musiałem wysłuchać sporo o rozsądku i wszystkim tym, o czym już mi Sanna powiedziała w zeszłym roku. Ale uzyskuję w końcu zgodę na pozostanie. Co za szczęście. Zrzucam z siebie mokre ciuchy.
Rozwieszam na płocie i próbuję resztkami słońca to dosuszyć. Rozbijam namiot.
Dezynfekuję poranione ręce i klaruję kajak. Takiego syfu, to jeszcze w łódce nie miałem nigdy. Dzielnie to sprzątam i czyszczę, bo liczę, że jutro dopłynę do Królowej. Nie wypada jej się pokazać w takim stanie.
Szykuję posiłek. Namiot na skraju rzeki, za nim oczko wodne. Istny komarzy tygiel. Jakoś to znoszę. Wszakże, mogło być dużo gorzej. Zasięgam języka. Ten krzyż stoi w miejscu gdzie kiedyś utonął pewien mężczyzna. Co dla mnie ważniejsze, do samej Wisły już tylko nieco ponad 10 kilometrów. I podobno ma już nie być takich lasów. Jedynie, to sztuczne progi. No nic, o to będę się martwił jutro. Teraz słuchawki na uszy, w nich słodkie dźwięki "Iron Maiden" i relaks. Szybko zasypiam. Rano wstaję przed budzikiem. Skuteczniejsze było ptasie radio. Słonecznie. Dosuszam ciuchy, śniadanie, pakuję kajak i ruszam. Faktycznie jest lżej. Przepływam kilkaset metrów bez szarpania się z drzewami.
Co nie oznacza, że było z górki. Znowu obnoszę koło nawadniające.
Przepływam przez wieś.
Rozkładam się w kajaku. Próbuję jeszcze odpocząć. Sanna powoli mnie niesie przed siebie. Jest zieleń, jest śpiew ptaków, jest cicho i spokojnie.
Lecz nie za długo. Pierwszy próg. Tak się już rozleniwiłem w kajaku, że nie wysiadam, tylko spływam to z marszu.
Dalej na powrót cisza i spokój.
Kolejny próg. Tu rozsądek wziął górę i go obniosłem. I całe szczęście, bo bezpieczny on nie był. Moim zdaniem powinny w takich miejscach być jakieś tablice ze zdjęciami, może i jakimiś wymiarami, jak to wygląda za takim progiem.
Rzeka się prostuje. Robi się wręcz kanałowo. I dosyć płytko.
Lecz nie ma zwałek i to mnie cieszy. Pokonuję powoli kolejne kilometry. Już wyczekuję spotkania z Wisłą.
Przed ujściem Sanna zaskakuje jeszcze na plus. Na ster burcie ukazują mi się wapienne skały. Piękne. Ciągną się do ujścia.
Potem jeszcze podziwiam je z perspektywy wiślanej.
Miałem płynąć dalej. Może i do Solca nad Wisłą. Miałem... ale dałem sobie spokój. Nie ma co nabijać kilometrów na siłę. Nie o to chodzi. Kończę pod mostem w Annopolu skąd podejmuje mnie Artur.
To jak mnie Sanna zeszmaciła wystarczy w zupełności. Ale mam ją. Już mi nikt nie odbierze tego, że nią spłynąłem. Mężczyznę podobno poznaje się po tym jak kończy... i tego się trzymajmy.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sanna. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 4 czerwca 2017
piątek, 13 maja 2016
2016.05.13. Modliborzyce - Zaklików (Sanna)
Czy piątek 13-go, jest dobrym terminem na rozpoczęcie spływu? Dotąd jakoś wielce przesądny nie byłem. Jednak od samego początku układało się to wszystko inaczej, niż było zaplanowane. Logistycznie pomóc miał Paweł (DZIUŁAS) i faktycznie tak się stało. Tyle, że miałem płynąć Sanną, a o 6:30 rano wylądowaliśmy przy promie w Zawichoście na Wiśle. Popatrzyliśmy wymownie na siebie, na nawigację i... musieliśmy skorygować nieco trasę. Próbujemy dotrzeć do Modliborzyc. Tam chciałbym zacząć spływ. Ale czy to możliwe? Czy tam będzie na tyle wody? Po drodze sprawdzamy kilka mostów. No niby coś tam płynie. Mijamy więc Modliborzyce i jedziemy wyżej. To był jednak już o jeden most za daleko. Sanna i owszem, płynie. Lecz jest to rzeka z gatunku takich, gdzie kajak nie zmieści się w jej korycie. Wracamy do Modliborzyc. Tak było zaplanowane i niech tak będzie. Pod mostem na trasie "74" pakuję kajak. Z zaciekawieniem kibicuje mi trzech młodych, miejscowych chłopaków. Zdziwieni, wiele pytań...
W końcu nadchodzi ten moment, kiedy żegnam się z Pawłem i zostaję tylko ja, kajak i rzeka.
Sanna, czyli śnięte ryby, smród, muł i... no właśnie. Ale po kolei.
Początek tragedii raczej nie zwiastował (nie licząc tej padniętej ryby). Słonecznie, ciepło. Rzeka wąska, wody niezbyt wiele.
Wiosło często wchodzi w dno. A to dno, to chyba istna tablica Mendelejewa. Żółtawo-zielono-szary muł. Niezbadanie głęboki. Wciąga wszystko co dopadnie, wydzielając okropny smród. Kolor rzeki nie pozwala ujrzeć dna, nawet przy kilku centymetrowym poziomie wody.
Jeden, dwa zakręty i zaczęło się! Pierwsze większe przeszkody w korycie. Jeszcze nie jakieś wielce wymagające, lecz dokuczliwe.
Wiele drzew pochylonych tuż nad taflą wody. Istna dżungla. Przedzieram się przez to, strącając przy okazji na fartuch i kajak, niezliczoną ilość robactwa. Łazi to wszystko po mnie.
Po pierwszych kilku takich akcjach próbuję się tych pasażerów na gapę pozbyć. Mija pół godziny i daję sobie spokój. Nie ma 100 metrów spokoju.
Dwie i pół godziny takiej walki, a za mną raptem niecałe trzy kilometry. No nieźle.
Ale podoba mi się. Jeszcze mi się podoba. Jest dziko i zielono. Przyjemne słońce.
Obnoszę pierwszą tamę. Mam nadzieję, że teraz będzie nieco lżej.
Nie było. Wręcz przeciwnie. Zaczęły się zwałki typu "mission impossible".
Ani przepłynąć to dołem, ani górą, ani wyleźć z kajaka, ani go wciągnąć pod stromą skarpę, ani wejść do niego z powrotem.
Na lądzie też nie było lepiej. Pokrzywy wyższe ode mnie. Ciężko się przedrzeć przez nie. Wszystko piecze. I tak do znudzenia.
Najgorsze, gdy przetargam kajak, jakoś uda się wskoczyć do niego, a za 100 metrów powtórka z rozrywki.
Na jednej z przeszkód, gdy próbowałem wcisnąć się z kajakiem pod drzewem, zsuwa się wiosło i porywa je rzeka.
Wyskakuję na brzeg jak poparzony i to dosłownie. Rzucam się w te pokrzywy i gonię wiosło lądem. Udaje się. Ale żeby je odzyskać, chciał nie chciał muszę wskoczyć do rzeki. I tu kolejna niemiła niespodzianka. Muł, muł, muł! Zanurzam się w tej mazi po kolana. Wyłażę na brzeg. Smród, brud i ubóstwo. Do tego zaczyna się chmurzyć. Robi się jeszcze mniej przyjemnie.
Zrywa się wiatr. potężny wiatr. Słychać jak łamią się gałęzie w lesie.
W końcu dopada mnie burza. Też nie byle jaka. Grzmi, błyska się, ściana deszczu. Nie bardzo jest gdzie się schować. Istny armagedon. Drzewa pochylone nisko nad rzekę, które dotąd mnie drażniły, teraz nieco dają ochrony. Nie wiele, ale jednak.
Po godzinie burza odchodzi w swoją stronę, ale deszczu nie zabiera ze sobą. Płynę dalej. I tak już jestem cały przemoczony. W kajaku woda tylko chlupoce.
Deszcz leje się za kamizelkę i ubrania, nastepnie to wszystko spływa po mnie do kajaka. Mokry fotel, mokre wszystko. Aparat niby wodoodporny, lecz chyba też ma swoje granice, bo tej ściany deszczu nie przetrwał. Zaczyna parować i ogólnie zachowywać się dziwnie. Nie bardzo chce robić zdjęcia.
A na rzece jak dotąd. Wolno, mozolnie wdrapuję się na kolejne drzewa.
Sporo muszę obnosić, bo nijak nie można się przedrzeć. Brzegi oczywiście niedostępne.
I do tego ten deszcz, ten muł, i ten smród. Pewna zdziwiona widokiem kajaka sarna podchodzi do brzegu. Co z tego, skoro aparat zaliczył klasyczny zgon? Gdzieś to wszystko zabija radość z pływania.
Był smród na Krępiance, były zwałki na Rawce czy Lubaczówce, były skarpy na Kamiennej. Był deszcz na Sanie i Liwcu. To wszystko już przerabiałem. Lecz Sanna oferuje to w niezliczonych ilościach.
Po dwudziestej przenosce, przestałem to już liczyć. A przepłynąłem jak dotąd raptem 15 kilometrów. Dopada mnie zniechęcenie. Niby jest zielono, niby dziko, siedzę w kajaku, płynę po nowej dla siebie rzece, ale coś nie gra. Na jednej z przenosek tracę gąbkę. Teraz już nawet nie mam jak się z tego mułu obmyć.
Zjeżdżając do wody z jednej ze skarp, dziób kajaka grzęźnie w tym bagnistym dnie, a rufa nadal zawieszona na stromym brzegu. Kolejny dramat. Kolejna kąpiel w śmierdzącym błocie. Udaje mi się uwolnić łódkę. Szum wody, kotłuje się, zastawka czy coś takiego. Mam już tego dosyć! Postanawiam to spłynąć nie zważając na wywrotkę czy inne niebezpieczeństwo. Zresztą, to przedzieranie się brzegiem, też bezpieczne nie jest. Udało się. Odwracam kajak, patrzę i nie wierzę. Jestem sam, dookoła dzicz, czy to było rozsądne? Nie, nie było!
Naprawdę jestem coraz bardziej zniechęcony. Spodziewałem się zwałek, czytałem i słyszałem o tej rzece, że jest ładna, przyjemna. Dla mnie - nie jest. Przynajmniej ten odcinek który płynę. Wieczorem, na rozlewiskach przed zalewem w Zaklikowie mijam położoną na skraju lasu posiadłość ZHP. Mógłbym tam rozbić namiot, lecz nie ma jak się dostać na brzeg. Po prostu to niewykonalne. Chyba, że miałbym skrzydła. Dopływam do stawu w owym Zaklikowie. Tama. Przenoska. Mokro i coraz ciemniej. Dogania mnie kolejna burza. Dosyć! Dzwonię do Pawła, czy nie mógłby mnie stąd zabrać już dzisiaj? Straciłem zupełnie ochotę na tę zabawę. Przyjedzie, ale za kilka godzin. I dobrze! Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Fizycznie i owszem, byłem zmęczony, lecz nie na tyle, by nie dać rady płynąć dalej, lecz psychicznie już nie nadawałem się do kontynuacji tego spływu. Czekam na DZIUŁASA, pada deszcz, jestem zrezygnowany. Czuję tylko smród i swędzenie. Dostałem wysypki. Nie wiem, czy ta rzeka zawsze tak wygląda, czy dalej jest inaczej. Nie wiem, czy chcę to kiedykolwiek sprawdzić. Nie wiem, czy nie potrzebuję odpoczynku od kajaka. Coś nie zagrało. Gdzieś pękłem psychicznie. Ani zieleń, ani dzikość rzeki, ani nic innego, nie były w stanie przesłonić mi tych negatywnych odczuć. Tego robactwa, tego smrodu, tej mazi. Chyba nie wszystko można zrzucić na piątek 13-go...
PS.
Paweł, jeszcze raz ogromne podziękowania za pomoc.
W końcu nadchodzi ten moment, kiedy żegnam się z Pawłem i zostaję tylko ja, kajak i rzeka.
Sanna, czyli śnięte ryby, smród, muł i... no właśnie. Ale po kolei.
Początek tragedii raczej nie zwiastował (nie licząc tej padniętej ryby). Słonecznie, ciepło. Rzeka wąska, wody niezbyt wiele.
Wiosło często wchodzi w dno. A to dno, to chyba istna tablica Mendelejewa. Żółtawo-zielono-szary muł. Niezbadanie głęboki. Wciąga wszystko co dopadnie, wydzielając okropny smród. Kolor rzeki nie pozwala ujrzeć dna, nawet przy kilku centymetrowym poziomie wody.
Jeden, dwa zakręty i zaczęło się! Pierwsze większe przeszkody w korycie. Jeszcze nie jakieś wielce wymagające, lecz dokuczliwe.
Wiele drzew pochylonych tuż nad taflą wody. Istna dżungla. Przedzieram się przez to, strącając przy okazji na fartuch i kajak, niezliczoną ilość robactwa. Łazi to wszystko po mnie.
Po pierwszych kilku takich akcjach próbuję się tych pasażerów na gapę pozbyć. Mija pół godziny i daję sobie spokój. Nie ma 100 metrów spokoju.
Dwie i pół godziny takiej walki, a za mną raptem niecałe trzy kilometry. No nieźle.
Ale podoba mi się. Jeszcze mi się podoba. Jest dziko i zielono. Przyjemne słońce.
Obnoszę pierwszą tamę. Mam nadzieję, że teraz będzie nieco lżej.
Nie było. Wręcz przeciwnie. Zaczęły się zwałki typu "mission impossible".
Ani przepłynąć to dołem, ani górą, ani wyleźć z kajaka, ani go wciągnąć pod stromą skarpę, ani wejść do niego z powrotem.
Na lądzie też nie było lepiej. Pokrzywy wyższe ode mnie. Ciężko się przedrzeć przez nie. Wszystko piecze. I tak do znudzenia.
Najgorsze, gdy przetargam kajak, jakoś uda się wskoczyć do niego, a za 100 metrów powtórka z rozrywki.
Na jednej z przeszkód, gdy próbowałem wcisnąć się z kajakiem pod drzewem, zsuwa się wiosło i porywa je rzeka.
Wyskakuję na brzeg jak poparzony i to dosłownie. Rzucam się w te pokrzywy i gonię wiosło lądem. Udaje się. Ale żeby je odzyskać, chciał nie chciał muszę wskoczyć do rzeki. I tu kolejna niemiła niespodzianka. Muł, muł, muł! Zanurzam się w tej mazi po kolana. Wyłażę na brzeg. Smród, brud i ubóstwo. Do tego zaczyna się chmurzyć. Robi się jeszcze mniej przyjemnie.
Zrywa się wiatr. potężny wiatr. Słychać jak łamią się gałęzie w lesie.
W końcu dopada mnie burza. Też nie byle jaka. Grzmi, błyska się, ściana deszczu. Nie bardzo jest gdzie się schować. Istny armagedon. Drzewa pochylone nisko nad rzekę, które dotąd mnie drażniły, teraz nieco dają ochrony. Nie wiele, ale jednak.
Po godzinie burza odchodzi w swoją stronę, ale deszczu nie zabiera ze sobą. Płynę dalej. I tak już jestem cały przemoczony. W kajaku woda tylko chlupoce.
Deszcz leje się za kamizelkę i ubrania, nastepnie to wszystko spływa po mnie do kajaka. Mokry fotel, mokre wszystko. Aparat niby wodoodporny, lecz chyba też ma swoje granice, bo tej ściany deszczu nie przetrwał. Zaczyna parować i ogólnie zachowywać się dziwnie. Nie bardzo chce robić zdjęcia.
A na rzece jak dotąd. Wolno, mozolnie wdrapuję się na kolejne drzewa.
Sporo muszę obnosić, bo nijak nie można się przedrzeć. Brzegi oczywiście niedostępne.
I do tego ten deszcz, ten muł, i ten smród. Pewna zdziwiona widokiem kajaka sarna podchodzi do brzegu. Co z tego, skoro aparat zaliczył klasyczny zgon? Gdzieś to wszystko zabija radość z pływania.
Był smród na Krępiance, były zwałki na Rawce czy Lubaczówce, były skarpy na Kamiennej. Był deszcz na Sanie i Liwcu. To wszystko już przerabiałem. Lecz Sanna oferuje to w niezliczonych ilościach.
Po dwudziestej przenosce, przestałem to już liczyć. A przepłynąłem jak dotąd raptem 15 kilometrów. Dopada mnie zniechęcenie. Niby jest zielono, niby dziko, siedzę w kajaku, płynę po nowej dla siebie rzece, ale coś nie gra. Na jednej z przenosek tracę gąbkę. Teraz już nawet nie mam jak się z tego mułu obmyć.
Zjeżdżając do wody z jednej ze skarp, dziób kajaka grzęźnie w tym bagnistym dnie, a rufa nadal zawieszona na stromym brzegu. Kolejny dramat. Kolejna kąpiel w śmierdzącym błocie. Udaje mi się uwolnić łódkę. Szum wody, kotłuje się, zastawka czy coś takiego. Mam już tego dosyć! Postanawiam to spłynąć nie zważając na wywrotkę czy inne niebezpieczeństwo. Zresztą, to przedzieranie się brzegiem, też bezpieczne nie jest. Udało się. Odwracam kajak, patrzę i nie wierzę. Jestem sam, dookoła dzicz, czy to było rozsądne? Nie, nie było!
Naprawdę jestem coraz bardziej zniechęcony. Spodziewałem się zwałek, czytałem i słyszałem o tej rzece, że jest ładna, przyjemna. Dla mnie - nie jest. Przynajmniej ten odcinek który płynę. Wieczorem, na rozlewiskach przed zalewem w Zaklikowie mijam położoną na skraju lasu posiadłość ZHP. Mógłbym tam rozbić namiot, lecz nie ma jak się dostać na brzeg. Po prostu to niewykonalne. Chyba, że miałbym skrzydła. Dopływam do stawu w owym Zaklikowie. Tama. Przenoska. Mokro i coraz ciemniej. Dogania mnie kolejna burza. Dosyć! Dzwonię do Pawła, czy nie mógłby mnie stąd zabrać już dzisiaj? Straciłem zupełnie ochotę na tę zabawę. Przyjedzie, ale za kilka godzin. I dobrze! Trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść. Fizycznie i owszem, byłem zmęczony, lecz nie na tyle, by nie dać rady płynąć dalej, lecz psychicznie już nie nadawałem się do kontynuacji tego spływu. Czekam na DZIUŁASA, pada deszcz, jestem zrezygnowany. Czuję tylko smród i swędzenie. Dostałem wysypki. Nie wiem, czy ta rzeka zawsze tak wygląda, czy dalej jest inaczej. Nie wiem, czy chcę to kiedykolwiek sprawdzić. Nie wiem, czy nie potrzebuję odpoczynku od kajaka. Coś nie zagrało. Gdzieś pękłem psychicznie. Ani zieleń, ani dzikość rzeki, ani nic innego, nie były w stanie przesłonić mi tych negatywnych odczuć. Tego robactwa, tego smrodu, tej mazi. Chyba nie wszystko można zrzucić na piątek 13-go...
PS.
Paweł, jeszcze raz ogromne podziękowania za pomoc.
Subskrybuj:
Posty (Atom)












































